O autorze
Mama z kreatywnymi pomysłami na zabawę.
Pozytywnie szalona i zwyczajnie dobra.
Inżynier obserwator.
Prowadzi blog Zabawy z N.

Trudna(?) decyzja o drugim dziecku

Braciszek lub siostrzyczka, to najpiękniejszy prezent, jaki możemy dać naszemu dziecku. Trudno się z tym nie zgodzić… Dlaczego zatem w Polsce ponad 40% dzieci to jedynacy? Czy naprawdę kwestię drugiego dziecka trzeba rozpatrywać pod kątem pieniędzy, pracy i warunków mieszkaniowych?


Rozumiem, jeżeli ktoś nie chce mieć drugiego dziecka i naprawdę cenię go za to, że potrafi otwarcie powiedzieć, „nie, bo nie”, „bo jest mi tak dobrze”, „bo naprawdę mam taką sytuację życiową, że czystym szaleństwem byłoby świadome decydowanie się na kolejne dziecko”. I tak, jak rozumiem te powody tak nie rozumiem sytuacji, w których kobieta mówi, że chciałaby, nawet bardzo mieć już drugie dziecko, ale… ale teraz ma ważny projekt w pracy, zaplanowany wyjazd na narty, dopiero wróciła do swojej sylwetki sprzed pierwszej ciąży i takie tam inne wymówki, które zupełnie przeczą jej słowom.



Nie mam jeszcze drugiego dziecka – bo nie chciałam. Teraz, gdy N. zbliża się do czwartych urodzin, ponownie odezwał się we mnie instynkt macierzyński. Chcę, by N. miała rodzeństwo choć podjęcie decyzji o drugim dziecku wcale nie jest sprawą łatwą – są kwestie, których się boję i są takie, nad którymi w ogóle się nie zastanawiam.

Pieniądze
Zgodzę się z faktem, że dziecko kosztuje. Uważam ponadto, że pierwsze dziecko kosztuje więcej niż kolejne. Mam świadomość, że to zdanie jest prawdziwe tylko do pewnego momentu, kiedy to dziecko jest już na tyle świadome, że chce mieć rzeczy, ubrania, gadżety nowe, tylko dla siebie, bo to obciach używając języka dzieciaków, włożyć coś po rodzeństwie. Wiem, że mając dwójkę dzieci w kinie, na basenie, na lodowisku trzeba kupić 4 bilety a nie 3. Wiem również, że książki w szkole nie przejdą ze starszego dziecka na młodsze, w związku z czym koszty zakupu książek (wcale nie małe) trzeba przemnożyć przez dwa itd.

Ja to naprawdę wszystko wiem, tylko, że jakoś tak bardzo nie odpowiada mi sprowadzania dzieci do pieniędzy. Będzie mnie stać, a co ważniejsze moje dzieci wyrażą chęci, to zapiszę je na karate, robotykę i angielski. Nie będzie, to nie zapiszę i będę cieszyła się z większej ilości czasu, jaki możemy spędzić razem, bo zamiast biec z pracy z językiem na brodzie, by zdążyć na te wszystkie „konieczne do rozwoju moich dzieci zajęcia”, my niespiesznie będziemy budowali na przyszłość wspomnienia cudnie spędzonych chwil.

Pieniądze – lepiej mieć niż ich nie mieć, ale wciąż wierzę, że dzieci do szczęśliwego rozwoju bardziej od pieniędzy potrzebują miłości rodzica, jego obecności, poczucia bliskości czy świadomości, że w każdej chwili i w każdej sytuacji mogą na nas liczyć.

A zatem jeżeli tylko starcza nam na życie, oboje pracujemy lub jedno z rodziców zarabia tyle, że starcza na utrzymanie całej rodziny, to co tu się nad finansami roztrząsać?

Praca
Czy warto przez pracę odkładać decyzję o dziecku? Zdecydowanie nie warto! Przecież w pracy zawsze będzie jakiś projekt do wykonania, jakiś wyjazd służbowy, szansa na awans, groźba zwolnień, potrzeba zastępstwa... Mówiąc krótko - nigdy nie będzie odpowiedniego czasu na ponowne zajście w ciążę.

Wychodzę z założenia – nie ta praca, to inna. Zwolnią mnie – ich strata. Jestem piękna, mądra, zdolna, dlaczego nie miałabym znaleźć innej pracy? Kto wie, może nawet atrakcyjniejszej, z lepszym wynagrodzeniem, częściej się uśmiechającymi kolegami i koleżankami, z bardziej życzliwym szefem? Chorym jest dla mnie fakt przedkładania pracy ponad rodzinę.

Poród boli...
No boli! Ale ile boli? Góra dobę, czyli marne 24 godziny… Ba! Przy drugim dziecku boli krócej, bo poród jest szybszy, bo organizm już „wie, co jest pięć”. No i przecież za pierwszym razem dałam radę, to dlaczego mam nie dać teraz? A jeżeli to Was nie pociesza, to nic tak nie dodaje mi wiary w siebie, jak myśl o kimś, kogo się nie lubi, a kto ma drugi poród już za sobą – „skoro A. dała radę urodzić dwójkę dzieci, to ja nie dam?” Myśl o A. zawsze dodaje mi skrzydeł :)

Znowu pieluchy, nocne karmienia…
…ciągłe przebieranie, pranie, prasowanie, kolki, bolące piersi, noszenie, gotowanie w pośpiechu, jedzenie w pośpiechu, nawet siku w pośpiechu… Choć okres niemowlęctwa często dla nas matek jest okresem trudnym fizycznie i psychicznie, to jak wszystko i ten okres mija.

Z małego, bezbronnego dziecka, które początkowo nawet głowy nie potrafi utrzymać, wyrośnie mały mądraliński, który swoje racje tupaniem nogi będzie akcentował! Słodziak taki! Słodziak, dla którego warto przejść przez te wszystkie pieluchy, gadki o zielonych, żółtych i brązowych kupach, wyżynanie się zębów, pierwsze próby samodzielnego jedzenia, to pakowanie tysięcy ubrań, zabawek i pampersów i wyglądanie jakby się jechało gdzieś na tydzień, a my tak skromnie tylko na niedzielny obiadek do teściów…

Warto przejść, tylko im starsze jest pierwsze dziecko, tym wizja przechodzenia przez to wszystko, trochę mnie przeraża. Czuję się taka rozpieszczona, tak mi dobrze, tak sielsko, anielsko, bo N. sama się ubierze, sama zje, sama pójdzie do toalety, wyartykułuje swoje potrzeby w sposób zrozumiały dla ogółu a nie tylko dla siebie samej (mam na myśli głośne łeeeeeeeee, które słyszy pół ulicy), rozumie, że mogę się źle czuć i potrzebuję chwilę poleżeć…

Takie błahostki, a tyle zamieszania w głowie, dlatego jak najdalej staram się odganiać od siebie te myśli. Będę miała drugie dziecko, to będę musiała i nie będę się nawet nad tym zastanawiała, a tak głupio kładę na szali i niepotrzebnie kalkuluję…

Partner
Egoistyczne byłoby gdybym to tylko ja chciała mieć dziecko a mój mąż nie. On też więc dojrzewał do tej myśli, rozmawialiśmy, rozmawialiśmy i jeszcze raz rozmawialiśmy o naszych lękach, oczekiwaniach, potrzebach. Jako, że zdecydowana większość kobiet po narodzinach dziecka narzeka, że mąż/partner nie pomaga tyle, ile byśmy chciały, że za mało bawi, za mało dziecku poświęca czasu, za rzadko pomaga w domu, to nie będę odosobniona i powiem, że mnie również takie refleksje naszły i autentycznie dość mocno mnie hamowały…

Teraz te myśli nie trzymają mnie w szachu, bo choć wiem, że z pewnością takie dni się zdarzą, że wróci z pracy, usiądzie w fotelu bądź co gorsza położy się na łóżku(!), włączy telewizor i bezproduktywnie będzie spędzał czas doprowadzając mnie tym do furii, to tak z drugiej strony, przecież on też nie może być cały czas na 110 %. Przecież on też może być zmęczony, może mieć gorszy dzień, przecież on tak samo jak ja jest tylko człowiekiem…

Zresztą będę miała jeszcze N., która będzie mi ostoją i pomocą. A jeżeli nie będzie, bo nie(!) i będzie rozpaczać w jednym pokoju, a brat/siostra swe żale będzie wznosić ku niebu w drugim, to ja zawsze mogę stać pośrodku i wyć razem z nimi i też będzie dobrze! Jak to mówią w kupie raźniej :)
Trwa ładowanie komentarzy...